grunt to sobie radzić

Opublikowane dnia 1 października 2011 kategoria życie | brak komentarzy

grunt to sobie radzić


Jakiś czas temu kupiłem sobie czajnik przepływowy Tefal – „Quick and Hot”. Do dziś byłem z niego bardzo zadowolony, działa dobrze, grzeje lepiej niż inne porównywalne (nie pojawia się „meszek” z kamienia).  No ale peach chciał, zepsuł się… (no dobra, zepsułem) i to najciekawsze w dziwny sposób. Czyściłem sprzęt, bo trochę kamienia się nazbierało, więc trzeba go trochę wymyć, no czasem trzeba 🙂

No to szoruję wszystkie uszczelki, gumki, obstukuję kamień na wylewce i nagle… sam z siebie czajnik się włączył. No zdziwiłem się, ale może nacisnąłem przypadkiem albo co. Wyłączyłem, czyszczę go dalej i w pewnym momencie słyszę syk i widzę dym… no to po czajniku 😀

Okazało się, że do środka musiała gdzieś wpaść woda, zrobiła zwarcie i jak miałem go odwrócony do góry nogami – pstryk, spirala się włączyła.

Nic, wściekłem się na siebie, ale co zrobić, stało się.

Po jakimś czasie – jak ostygł – poszedłem sprawdzić czy może nie zadziałał, Tefal to poważna firma a zabezpieczenia przed przegrzaniem się powinny być standardem (tak sobie myślałem)… w końcu nawet suszarki teraz mają takie. Nic z tego.. nie działa.

No to poszukałem sobie czy gdzieś na internecie można ten czajniczek w końcu kupić – przecież fajny jest i przyzwyczaiłem się do niego. Pech – nie ma, wszędzie wyprzedany.

Z jednej strony to dobrze, bo nie kupiłem (przecież kryzys idzie, trzeba oszczędzać) ale z drugiej strony no… by się przydał.

Na samą myśl o serwisie, to mnie ciarki przechodzą. Za naprawy strasznie dużo zakłady sobie biorą, wybrzydzają przy tym w niebiosa. Nie lubię serwisów, a przy takim sprzęcie (cena poniżej 300zł) to nie wiem czy naprawa będzie opłacalna – godzina robocizny „fachowca” to 50-80 zł, plus części plus ich ściągnięcie, ech. I to wszystko będzie trwało. A jak jeszcze mam przez pół miasta jechać (2 razy) to już mi się to odechciało.

Jako że miałem chwilę i mam zapędy masochistyczno-majsterkowe, poszedłem po narzędzia. Siadłem sobie wygodnie, wytarłem pacjenta do sucha i w myślach pożegnałem się z nim (no nie zawsze udaje się złożyć to co się rozebrało, nie?).

Co będzie to będzie!

Pierwsze śrubki, trochę podważania plastikowych zapadek i można zajrzeć do środka. Śmierdzi wszędzie spalonym plastikiem (przerwa na otworzenie okna). Parę dodatkowych zapadek, i ze środka wypada pierwszy element… wypada niekontrolowanie, czyli nie był zawieszony gdzieś – houston, mamy problem – westchnąłem.

Nie podaję się łatwo, rozebrałem do końca i nie mogę znaleźć jak toto działa. No to szukam co się paliło.

Okazuje się że zabezpieczenie przed przegrzaniem jest… jedno… jednorazowe. Tak sherlocku, jak się domyślasz to było to co wypadło przy rozbieraniu.

Sprytnie zrobiony przerywnik to plastikowe kółeczko,które przyciska cztery miedziane styki do spirali grzewczej. Dynks jest tak umiejscowiony, że przy przegrzaniu spirali jego najcieńsze części (dotykające spirali) topią się.

Pierścień pęka, styki odskakują, prądu brak, zabezpieczenie działa, czajnik – kaput, ech.

No dobra, trzeba to naprawić, przecież wiadomo – prosta sprawa. Pierwsza myśl – skleić. Delikatnie nożykiem oczyszczam pierścień, nakładam klej, unieruchamiam. Po 2 godzinach – no niby się trzyma, ale jakoś delikatne to jest. Czy będzie działać? Zobaczymy… zakładam.

Założyłem pierścień, zadowolony przyglądam się swojej pracy (w myślach klepiąc się po ramieniu).

Coś mnie tknęło, zacząłem dokładniej oglądać… dotykać… pstryk – pękło (#!@$%) – ech.

No dobra, może inaczej, wezmę jakiś kawałek plastiku, rozgrzeję, wzmocnię.. może tak zadziała.

Poszedłem szukać plastiku na tyle miękkiego by dało się nim działać a z drugiej strony by dobrze stwardniał. Szukając odpowiedniego materiału, walczyłem z pokusą rozwalania dobrego jeszcze sprzętu (a bo nikt nie zauważy), odłamywania kawałka (bo tam i tak nie jest potrzebny) i wycinania „niepotrzebnych” elementów (tu otwór i tak by się przydał).

W końcu eureka, w oko wpadły mi koszulki termokurczliwe! No to na szybko, nałożyć  na ramiona pierścienia, ogrzać – voila!

No dobra, ale czy zadziała? W sumie, to jak będzie gorąco to może się jeszcze bardzej zaciśnie koszulka? Nie.. jak będzie za gorąco to przepali się, ale to chyba dobrze, wolę by jakieś zabezpieczenie było (w końcu bezpiecznie ma być, nie? ).

No ale chyba będzie działać, założyłem i dumny z siebie obejrzałem swoje dzieło.

Naprawiony czajniczek, więc trzeba teraz wszystko poskładać, i przetestować (tak mocno walczyłem ze swoim niepohamowanym pędem podłączenia wszystkiego do prądu i sprawdzenia.. przecież mnie prąd nie rusza… taa…).

No ale stwierdziłem, że jak już ma działać to jeszcze doczyszczę go do końca!

Naprawiony, wyczyszczony! Patrzę z dumą na swoje dzieło, delektując się świeżo zaparzoną herbatką – oczywiście wodę przygotowałem w rzeczonym czajniczku!

Czas naprawy: 1,5 godzinki (nie licząc czasu klejenia), części zamienne: 0,20gr (koszulka termokurczliwa). Jak na polskie warunki – świetny wynik, ale zarabiać na tym się chyba nie da.

Na sam koniec, refleksja… w sumie to niewiele rzeczy udaje się domowym sposobem naprawić.

 

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *